Zimne, męczące uczucie ciążyło na nim. Czuł, że od tego brzemienia się topi. Nie za dużo wtedy widział, niebo nabierało dziwnego wyrazu, przyćmiewającego to, czym był. Mógł tylko zgadywać, że tak właśnie może wyglądać coś, czego nie można objąć dłońmi. Ciemna burza, bez deszczu i gromów. Chmury w bezruchu wydawały się jakby chciały gwałtownie uciec, wybuchnąć z tego obrazu, by poruszyć to, czego się boi.
Oddychał powoli, jakby przypomniał sobie, że musi pamiętać o tym.
Niezrozumiałe pomruki nieba wlewały mu się do uszu, co jakiś czas zatrzymywane przez głuche zatykanie się. To dźwięk, to obraz były razem tak nieprzejrzyste. Czy jego smutne serce, rozbolałe od niezrozumienia mogłoby kiedyś poczuć się oswojone z tym wrażeniem.
Ukłucie w klatce piersiowej nie ustępowało, ciągle czuł się nieswojo. Próbował zbywać to wypuszczaniem powietrza przez nos, ale uczucie dalej trwało. Nie wiedział, co dalej myśleć, więc przestał. Na chwilę pomyślał o rzeczach innych. Wydawało mu się to teraz bardzo proste, jakby wszystkie problemy nie miały w ogóle żadnego znaczenia, w porównaniu z zagadką z góry. A góra czekała na niego, kiedy powróci kiedyś do tych rozważań z poziomu topielca, a ona jak wielki ocean będzie go... Po prostu pochłaniać.
[usunięte zdanie: To wszystko działo się wtedy, gdy człowiek zapragnął być lustrem nieba]
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz